Czwarty krzyżyk

Cóż, Panie i Panowie… na zdrowie!

Jeb, stało się. Stuknęła mi czwarta dyszka na tym łez padole. Symboliczna połówka zimnej Luksusowej w gardło moje – za mnie i za Was wszystkich! Bez pompy, bez fajerwerków, bez spiny, ale również bez zblazowania i nadętego czarnowidztwa. Nic na to nie poradzę – jakimś cudem udało mi się dojechać do czterdziestki, nie bardzo zdając sobie sprawę z upływu chytrego czasu.
Nigdy nie miałem głowy do dat, jakakolwiek perspektywa czasu w moim życiu jest dziwacznie wykrzywiona, a [nie]pamięć robi mnie w balona sto razy w miesiącu; coś, co wydarzyło się na ten przykład dwadzieścia lat temu jest dla mnie często bardziej namacalne w sferze wspomnień, aniżeli zdarzenia z przedwczoraj.
Nie inaczej spoglądam na siebie dzisiaj… Zmęczona, zarośnięta gęba (przestałem się golić z czystego lenistwa), podkrążone oczy (daję głowę, że kilkanaście lat temu miałem naprawdę niebieskie oczy – teraz są jakieś wypłowiałe, jak stare gacie), siwizna rozpleniona na łbie i brodzie – jedynie dready jakoś trzymają kolorystyczny fason. Piercing pozostał tam gdzie był. Gapię się w lustro z mieszaniną obojętności i zmęczenia. Stary dziad, hehe…

Jakiś czas temu byłem u bardzo dobrego kumpla na hucznie obchodzonej 40-tce. Impra niemal jak wesele – rozmach, knajpa, DJ-wodzirej, wódeczka z ciocią, tańce proszone, disssko, szlagiery, bajery… Było całkiem OK. Ale tak obchodzą cztery dyszki ludzie, dla których jest to jakaś ważna cezura egzystencjalna i pewnie dla T. tak właśnie było. A ja? Zabijcie mnie, ale [od ładnych kilku lat] nie potrafię na swojej osi czasu uchwycić momentów ważnych; być może nie mam zdolności do adekwatnej oceny obecnych wydarzeń w moim życiu. Rejestruję mniej więcej, co dzieje się wokół mnie, chociaż sam „przebywam” wtedy w zupełnie innych przestrzeniach. Nie ma w tym rzecz jasna żadnej, tfu!, mistyki – ot, wyłączanie się, permanentne branie w nawias olbrzymich zasobów codzienności.

Światopoglądowo nie odleciałem na inne orbity. Przez wszystkie te lata udało mi się wytrwać w moim anarchizmie – na tyle, na ile pozwalały okoliczności przyrody. Wciąż uważam, że głównymi wrogami nas wszystkich są państwo, religia i kapitał, wciąż twierdzę, że żyjemy w społeczeństwie klasowym (kurwa, teraz, w czasach wyjątkowo schyłkowych, klasowość jako kategoria społeczna jest tym bardziej odczuwalna i widoczna! Szczególnie na tle propagandy klasy średniej, do której chuj-wie-kto należy, w świetle rzekomej nieomylności ratingowych szarlatanów), w państwie wyznaniowym.
Ciągle jestem częścią klasy robotniczej, zwolennikiem samoorganizacji w miejscu pracy i bezpośredniej kontroli nad środkami produkcji, łącznie z przejmowaniem kapitału fabrycznego. Uważam, że praca najemna jest źródłem niesprawiedliwości, a naszym podstawowym dążeniem społecznym jest maksymalizacja wolności rozumianej jako naczelna wartość w naszym życiu. Dobro, to nic innego, jak tylko wolność, jak mawiał Bakunin.
Nie chcę jednak powiedzieć, że zakonserwowałem się w anarchizmie przełomu XIX i XX wieku. To byłaby żałosna głupota. Nie sakralizuję wojny domowej w Hiszpanii 1936 roku, CNT/FAI, ELZN i innych ikon, do których modli się spora część środowiska wolnościowego. W sumie pozostałem jebanym odludkiem, anarchoindywidualistą, bez ciągłej biegunki ideologicznej. Po tylu latach nie mam najmniejszego zamiaru wpierdalania ludziom w głowy „dobrej nowiny” rewolucji, natomiast wykorzystam każdą okazję, by temu i owemu otworzyć oczy na shit świata tego.

Punk. Życie i trucizna. Powietrze i smog. Niezbyt bezpieczna dyscyplina, która na stare lata wystawia rachunki w postaci trzech dni zdychania po jednej najebce. Ale punk, to całe moje życie. Grindcore, crust, polityka, trupy i śmierć. Estetyka i poetyka. Szatan i żonglerka konwencjami, hałas i wrzask. Wkurw i zgon po kolejnym balu. Squatting, permanentne ACAB, morze znajomych ze wszystkich stron świata i to cudowne odczucie, gdy sam wpierdalasz się sytuacje dziwne, głupie, czasem straszne… Wreszcie podróże, setki nowych miejsc. To wszystko dał i daje mi punkrock.

* * *

Od kilku lat walczę z czymś, co w sumie pozostaje nie do końca nazwane, zdefiniowane, względnie oswojone… To swego rodzaju oschłość połączona z filozoficzną inercją; to zastyganie w pewnych ontologicznych „pozach” i nie-działanie – w moim przekonaniu, to kluczowy zgrzyt, który implikuje całe stado innych negatywnych akcji wewnątrz mojego łba.
Paradoksalnie, z podobnymi zawijasami i pasożytniczymi myślo-robalami jeszcze jakoś tam mogę sobie poradzić, czego nie mogę powiedzieć o wielu interakcjach z ludźmi. Ludzie mnie wkurwiają –  jednak ta gówniarska, w gruncie rzeczy, konstatacja wiele mówi o moim ogólnym zniechęceniu. Nadmieniam o tym wyłącznie dlatego, że owa niechęć jeśli nie pogłębia się, to na pewno pozostaje constans – nawet teraz, gdy mam na karku 40-tkę.
Setki razy łapię się na tym, że zaaferowany / zły / podekscytowany / naładowany cynizmem, reaguję… no właśnie – reaguję, choć wszystko w środku mówi mi, żebym zaniechał komentarzy, odpowiedzi, abym zamilkł, abym nie dał się wkręcać w spirale prostackich utarczek słownych, które w efekcie uruchamiają w człowieku machinę do wylewania gnojówki na cudze głowy; przy okazji sam jestem uwalony tym gównem, a swąd i niesmak ciągną się jeszcze bardzo długo…

Mocno zawęziłem grono najbliższych mi osób. Nie w wyniku jakiejś jebniętej selekcji. Stało się to niejako samoczynnie, o ile w ogóle można mówić o tym, że coś się dzieje samo z siebie w tej obłędnej plątaninie przyczynowo-skutkowej, która każdego dnia wypluwa nowe rezultaty podejmowanych przez nas decyzji.
Straciłem w swoim życiu dwie przyjaźnie, za którymi ogromnie tęsknię. Gdybym przed laty wiedział, że tak potoczą się sprawy, spuściłbym sobie solidny wpierdol za to moje chore nie-działanie. Dopóki funkcjonuję jeszcze jako zwierzę myślące, spróbuję nieśmiało… naprawić (to słowo jest w tym kontekście mega-groteskowe) to, co zjebałem…

Na koniec humorystyczny wtręt. Otóż zauważyłem, że przy mega-sporadycznych (i mega-przypadkowych) spotkaniach z moimi rówieśnikami (podstawówka, technikum, uniwerek) dowiaduję się, że każdy/-a coś osiągnął/osiągnęła. Spora część jest na smyczy kredytu hipotecznego; dopieszczają swoje gniazdka z myślą o powiększającej się rodzinie, inni mają wrzody żołądka od stresów związanych z firmą… Znikomy procent znajomych surfuje na fali wolnorynkowej, spija śmietankę i pierdoli ich fakt, że świeże warzywa są droższe od mięsa. Niemal wszyscy w/w w jakiś chytry sposób opowiadają o swoim życiu z lekką nutką wyższości. Oczywiście nie mam im tego za złe – wszak oczekują oni poklasku za swój indywidualny wysiłek, za to że utrzymują się [prawie] na powierzchni tego systemu. Nie klaszczę. Uśmiecham się 🙂
Wszyscy inni moi znajomi, to klasa robotnicza, zamykająca swój budżet grubo przed otrzymaniem pensji, kalkulująca, rozdzielająca kasę na najpotrzebniejsze rzeczy, rezygnująca w danym miesiącu z czegoś, by za dwa-trzy miesiące kupić coś bardziej niezbędnego. Właśnie w tej wnęce pędzę swój żywot, wraz z wybranką.
Uwielbiam pytanie: czego się dorobiłeś?
Od razu chce mi się śmiać. Mam 40 lat i dużo książek. Rower, skuter elektryczny (o nim w osobnym poście) i mocno używanego Citroena C3. Znam doskonale wartość wszystkich tych artefaktów, podobnie jak znam wartość mojej pracy najemnej. Wiem, jak długo zapierdalałem na laserze, by sprawić sobie to, o czym wspomniałem. Chociaż i tak książki, skuter i rower są najważniejsze (w sensie utylitarnym).

Dobra, koniec 🙂

~ podkład muzyczny: DEUTSCH NEPAL, HAEMORRHAGE, VORUM, PHOBIA, MACHETAZO, EXHUMED, TERRORIZER, YOUNG AND IN THE WAY, WORMROT, INSECT WARFARE, CRIPPLE BASTARDS