Poza dobrem i złem

Zastanawia mnie, skąd bierze się w ludziach ta uporczywa maniera, nakazująca im mieć w-miarę-pozytywne mniemanie o nich samych – w rozumieniu indywidualistycznym, ale nade wszystko – w kontekście człowieczeństwa rozpatrywanego jako immanentnie pozytywna jakość.
[Z] czym to w ogóle ugryźć? Ocean rozmaitych odpowiedzi udzielają etyczne i psychologiczne prądy / nurty, jedne bardziej sekciarskie od drugich. Jak można się spodziewać, najprostsze rozwiązania kłębią się po stronie religijnych molochów i ich licznych odprysków – one zawsze (ZAWSZE!) są w posiadaniu doktrynalnie słusznych i metafizycznie niezatapialnych twierdzeń nt kondycji ludzkiej; dym kadzideł niesie ze sobą smród skrajnego moralizmu.
Wszelkie roszczenia tyczące się prawa do orzekania czym jest dobro, a czym jest zło są kłębowiskiem „najmojszych prawd”, pychą i groteską. Absolutyzm i fundamentalizm w osądach oraz pierdolnięte przekonanie, że jakaś konkretna filozofia ma być etycznie i epistemologicznie akceptowalna przez jakąś większość, lub (co gorsza!) przez wszystkich, tylko dlatego, że jakaś siła wyższa, albo coś bardziej władnego, niż my – maluczcy, są w posiadaniu odpowiedzi, to czystej wody bankructwo tego, o czym nota bene mowa: o człowieczeństwie. Jako, że religie, to wytwór z gruntu (z dupy) ludzki, nie warto zajmować się nim merytorycznie.

Nie znajdziemy desygnatów dobra i zła w opasłych „księgach natchnionych”, nie znajdziemy ich w smętnym pierdoleniu kapłanów i filozofów (odwołujących się w jakikolwiek sposób do absolutu, natury rzeczy, wszelkich abstrakcyjnych i mglistych pojęć, które tak naprawdę mają trzymać w ryzach niemyślącą masę), nie znajdziemy ich w zwierzęcym wyciu: Allah Akbar! przy każdym wystrzale karabinu w „niewiernego”, ni chuja nie znajdziemy ich w smętnym śpiewie Abba Ojcze! Próżno szukać ich u Sokratesa, czy (sic!) u Spinozy, nie wspominając o Franciszku z Asyżu, czy w całym tym politeistycznym hinduskim burdelu bóstw wszelakich.

Myślę, że to, co uporczywie próbujemy nazwać dobrem i złem, to… uwarunkowany kulturowo kontekst poszczególnych (w sensie: indywidualnych/zbiorowych, acz niepowtarzalnych, bądź indywidualnych/zbiorowych i powtarzalnych) zachowań, działań, aktywności i ich efektów. Po prostu. Dobre i złe bywają zachowania, postawy i czyny. Konkretne. Namacalne. Znane. Opisane. Widzialne. Powtarzalne.
Cała reszta, to wspomniana wyżej gówniana nadbudowa tych, którzy nie mogą się wysrać, jeśli nie zbawią innych, jeśli nie wskażą innym drogi, jeśli nie przytulą cudzego serduszka swoim stalowym uściskiem „prawdy”.

Nie ma zatem ogólnego desygnatu dobra i zła. To pojęcia-widma (jak setki innych spotykanych w życiu). Jednostkowo i zbiorowo uczymy się nie wpadać na siebie i nie zabijać się nawzajem przy byle okazji, właśnie poprzez przykład konkretu. Ale nawet on nie rodzi obiektywnych refleksji o tym, co dobre, a co złe. Wymieniać można bez końca: percepcja działań Stalina, Hitlera, Breivika, Pol Pota, Wojtyły, Kim Ir Sena, Matki Teresy, Abrahama Lincolma, Urlike Meinhof… Dodajcie jeszcze kilkadziesiąt innych nazwisk, śmiało!
Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo właśnie-ten-Karol będzie od początku do końca myśli wszelakiej świętą personą reprezentującą dobro w wersji czysto boskiej, a dla mnie pozostanie toksycznym kontynuatorem personalizmu chrześcijańskiego (kurwa, co to za personalizm! niech ktoś sobie przypomni, co w kontekście wolności mówił w/w Wojtyła!), twórcą patologicznie chorego kultu maryjnego (wraz z kolejnym „pasterzem maluczkich”, niejakim Wyszyńskim), producentem świętych (JPII wyczarował więcej świętych i błogosławionych, niż wszyscy papieże razem wzięci!). Bóg odebrał mu również wzrok i słuch na akty pedofilskie w KK (to za pontyfikatu JPII cudnie rozwinęło się wycieczkowanie po parafiach tych skurwieli w sutannach, którzy krzywdzili dzieci)…

Zróbcie wiwisekcję wszystkich swoich bohaterów i anty-bohaterów. [Heheh, a potem pozbądźcie się ich!].. NO GODS-NO MASTERS! niech świeci nad waszymi głowami – aby pamiętać, że nikt i nic nie zwalnia was od myślenia za samych siebie…

~ podkład muzyczny: Батюшка, Wiegedood, Ancst, Gorycz