jest-jak-jest

Wieczory są najmilsze.. Szczególnie te weekendowe.. Grindcore rozpierdala ciszę za oknem, a ja czasem czuję się jak w kapsule z innej czasoprzestrzeni; mega-szybko przyzwyczaiłem się do permanentnej ciszy tutaj. Specyfika przedmieść, gdzie trzymetrowe tuje zasłaniają codzienność większości zamieszkujących tutaj ludzi.
O ile w betonowych klatkach blokowisk zawsze i wszędzie słyszałem ten specyficzny, owadzi szmer ludzkiego bytowania, o tyle tutaj absolutnie nic nie zakłóca owej poczciwej ciszy. Nic, za wyjątkiem moich ukochanych rzygów; grind as fuck!

Od lat, wciąż w uścisku zjebanego wariantu bezsenności, polegającego na budzeniu się niemal co godzinę nocą i totalnym wyczerpaniu za dnia. Wtedy to potrafię zasnąć gdzie byle, na siedząco, na stojąco, jakkolwiek. W trakcie rozmowy, obiadu, czytania książki, w czasie transmisji hokeja… Wyobrażam sobie jak wkurwiające musi to być dla osób trzecich :/
Gdybym miał określić mój stan mianem „zmęczenia”, byłby to śmiechu wart eufemizm. To codzienna batalia, chęć snu w sytuacjach, w których po prostu się nie śpi: praca, słuchanie drugiego człowieka (monolog trwający dłużej, niż trzy minuty wywołuje u mnie zamykanie powiek), jazda na skuterze (sic!)…
W „szybkich”, „normalnych” sytuacjach udajesz, że nic się nie dzieje. Nagle słyszysz krzyk: Łukasz, znowu zasnąłeś w oknie!!!

Automatyczna odpowiedź: nie śpię!

Mix: insomnia + bezdech, to gówno do kwadratu. W efekcie każdy sen, to raczej przerywnik między kolejnymi przebudzeniami. Paradoks polega na tym, że bezsenność sprawia, iż zasypiam nagle i w jakimkolwiek miejscu, ale bezdech budzi mnie równie szybko, jak wyczerpanie usypia. Błędne koło.
Mam świadomość, że będę musiał sprawę załatwić kanałami medycznymi, bo nie znam żadnej punkowej metody walki  z bezdechem sennym (oprócz zaprzestania oddychania, heheh); niech lekarze kombinują..

OK, działka tragi-marudzeń odfajkowana; ponoć człowiek (albo Polak, już nie pamiętam…), który nie wyleje z siebie tych symptomatycznych utyskiwań na swój własny żywot, jest jeszcze bardziej nieznośny dla siebie i swojego otoczenia. Polakiem nie jestem, a bywa że i człowieczeństwo swe widzę jako plątaninę bezładnych imulsów, reakcji, śmiecia i zamętu.

Plany małe i duże pojawiły się na horyzoncie, przylazły jako bonus koloryzujący okoliczności przeprowadzki. Nic wielkiego, bo i cóż wielkiego może popełnić para wywodząca się z klasy robotniczej i w klasowych swych koleinach zarabiająca na życie? Jeeeb, znowu powiało lamentem 😀 Chodzi jednak o to, że schemat: wynajmowanie nory – jakieś-tam-plany – relaks bezkarny, z góry zakłada zapierdalanie na te zwyczajne w gruncie rzeczy dobra i niematerialne bonusy. Ja, mimo że od lat (od zawsze w gruncie rzeczy) zakorzeniony w robolskiej kulturze, mam już, kurwa, serdecznie dosyć tyrania na etacie dla kolejnych mini- i mikro-kapitalistów, dla których ich własny biznes jest osobistym wszechświatem, a ja mam pełnić w nim rolę sprzedającego swoją siłę roboczą (plus wiedzę i doświadczenie) obiektu dyndającego na finansowej orbicie właściciela środków produkcji. Kilka, kilkanaście milionów PLN-ów wplecionych w kalkulacje i strategie firmy czyni z człowieka popychadło sił podaży i popytu.
Skurwiały pieniądz, czy raczej jego abstrakcyjna sakralizacja na rynkach giełdowych i w umysłach poślednich konsumentów, wpierdala mnie wbrew mojej woli w zależności, które każdego dnia nie tylko oddalają mnie od owych małych planów, ale i próbują – agresywne i ofensywne w swej istocie – wepchnąć mnie na chama w tor myślenia i funkcjonowania, gdzie pieniądz i jego cyrkulacja faktycznie przejmują kontrolę nad moją świadomością racjonalizacji potrzeb i ich wartościowania. Jeśli ulegnie się pokusie myślenia, że sens pracy nie wybiega poza jej zaniżoną wycenę przez pracodawcę, wtedy już tylko można pierdolnąć sobie w łeb.
Oboje z Pauliną tyramy dłużej, niż byśmy chcieli, mamy kurewsko mało czasu dla siebie, a każdy wyjazd w góry czy nad jezioro w weekend jest jak mikro-dzień dziecka, ochłap radości wyrzygany przez rzeczywistość.

Jak można się domyślać, nigdy nie przejdę do porządku dziennego z fatalnym przekonaniem zakorzenionym w ludzkich łbach, a zawierającym się w takich mniej więcej frazach: cóż, takie jest życie. Nie ma nic za darmo. Świat już taki jest, nic nie poradzisz. Co ci da ten bunt? 

W każdej epoce, w każdym skrawku dziejów tego żałośnie indolentnego gatunku [ludzkiego], mniejszość związana z władzą (wszelką władzą) skutecznie wbijałą w tępe umysły konstatację: nie kop się z koniem, nie zmieniaj świata, nie dotykaj fundamentów, jest-jak-jest.

Tymczasem każdy dzień, w którym przeciskamy się przez skomplikowany i wrogi gąszcz obcych nam i wrogich zasad, każda refleksja na temat naszej podległości względem socjologicznych  psychologicznych konstrukcji wkurwiającej nas rzeczywistości, to unikalna szansa na mini-rewolucje; w głowie i w przestrzeni zawodowo-bytowej. Sama niezgoda jest tylko zapalnikiem i rzecz jasna nie ma sensu podniecać się owym NIE!, tym inicjującym mniej lub bardziej ważne codzienne przemyślenia strzałem wkurwienia.
Podniecajmy się więc każdym podniesieniem głowy, które wyzwala nas z kolejnego mikro-uścisku systemu.

666

~ podkład muzyczny: In Twilight’s Embrace, 1125, Deszcz, The Lowest