Dom

Lodowaty, oleisty Stock, zielona herbata z cytryną, paczka Cameli, w słuchawkach Wieże Fabryk (kapela, która absolutnie NIGDY się nie nudzi – mistrzowskie teksty!). Kompletnie spierdolony robotą, zaczynam weekend o drugiej w nocy…
Jeszcze dzisiaj, wgapiając się w rozbłyski lasera tnącego stal jak masło, obiecałem sobie, że ruszę-z-tym-blogiem-do-kurwy-nędzy. Teraz w nocy, gdy wódka tak przyjemnie wsiąka w moją głowę, a fajki smakują tak kurewsko dobrze – teraz pełen dumy wypełniam postanowienie.

Od kiedy się przeprowadziłem, takich chwil jak dzisiejsza miałem całe mnóstwo. Wygrywało jednak zmęczenie, albo znudzenie i zniechęcenie… zazwyczaj wszystko naraz. Obiecywałem sobie setki razy, magazynowałem w zmęczonym łbie kolejne wpisy, a one leżakowały posłusznie, czekając na opublikowanie, po czym nie karmione moją inicjatywą, zdychały jak muchy w słoiku.

Taaa, mieszkam w nowym miejscu. Prawie w centrum, ale jednak za miastem. Ślepa uliczka, cisza, zieleń, cmentarz żydowski kilka kroków dalej… Okna od północy dają cudne wytchnienie od słońca, za plecami jeden z najładniejszych masywów Beskidu Małego. Nareszcie poza betonem osiedli, poza pudełkami jebanych blokowisk. Mieszkamy w [prawie] najwyższym punkcie Andrychowa, w dużym jednorodzinnym domu z osobnym wejściem. Rzut beretem od domu spożywka, alko i pyyycha poranne świeże pieczywo; co ma być – jest.

Napisałem: mieszkamy. Gdyby nie ta liczba mnoga, zapewne nie byłoby owej przeprowadzki. Byłoby jak zwykle. Chujowo. Nieżywo.
Okazuje się jednak, że faking lajf zaskakuje nawet takich jebanych, cynicznych skurwieli jak ja (to nie kokieteria – przestanę myśleć o sobie jak o skurwielu, gdy wreszcie dogadam się / pogodzę się z kilkoma ważnymi dla mnie ludźmi…) – zakochałem się z wzajemnością.
Paulina jest kimś na kogo czekałem tak długo… Doczekałem się i każdego pieprzonego dnia mam dziką satysfakcję: kocham z wzajemnością kobietę, która bez żadnych fajerwerków obudziła we mnie chęć do czołgania się w tej wkurwiającej rzeczywistości! Ale o tym – szerzej – innym razem…

Dom
– dla mnie kategoria mocno niejasna i zaplątana znaczeniowo; gdyby jeszcze zabawić się w dookreślenia typu dom rodzinny, prawdziwy dom, otrzymujemy niezły epistemologiczny pasztet. Problem tkwi w tym, że tak naprawdę nigdzie nie czułem się jak-w-domu.  Wszystkie miejsca, w których dotychczas mieszkałem stanowiły w moim życiu jakąś „przechowalnię”, coś w rodzaju zastępczej przestrzeni, zapasowego kąta.

Pochodzę z typowej robotniczo-górniczej rodziny, gdzie patriarchalna, wódczana przemoc łączyła się z ludyczną, bezrefleksyjną religijnością. Mój konflikt z ojcem migiem przerodził się w wojnę. Mój pankrok, anarchizm, krytycyzm, ateizm versus jego góralske katolstwo, „prawdy życiowe”, od których chciało się rzygać… Jedyne, co nas łączyło, to miłość do przyrody.
Mam 17 lat i spierdalam z „domu”. DIY, pankrok, włóczęgi, autostop… Studia, Legnica, Wrocław, Cieszyn, Czechy, Barcelona… Powrót do Czech, znowu Polska… Antwerpia i najpiękniejsze miejsce w jakim mieszkałem (kościół i klasztor). Potem znowu Andrychów  i powrót do Czech, do Pragi; z Pragi do Gdańska, z Gdańska na powrót do Andrychowa.

Czym jest dom? W tylu miejscach czułem się naprawdę dobrze. Tyle squatów uczyło mnie życia z innymi, kolektywizmu, którego zawsze podskórnie nie znosiłem. Dzisiaj – po wielu latach doświadczenia – wiem, że nie nadaję się do życia w stadzie; jeśli już – na granicy stada, sam-nie-sam. Zbiorowość jako taka już z samej swej istoty jest dla mnie problematyczna, nie wspominając o gęstwinie interakcji, do jakich jesteśmy zmuszani, by móc później ową zbiorowość nazywać „rodziną”, „grupą”, „kolektywem”.
Dom ma być – jak dobrze rozumiem amatorów „domowego ogniska” – miejscem w jakimś sensie emocjonalnie ciepłym. Nie mam zielonego pojęcia, czy nasz kawałek małej przestrzeni czymś takowym jest, natomiast jedno jest pewne: chyba pierwszy raz w życiu czuję się doskonale w tych wynajmowanych czterech ścianach i – co dla mnie dosyć ważne – lubię, czasem wręcz uwielbiam tutaj wracać zjebany z pracy, skądinąd…


Lubię tutaj czytać książki, gapić się przez okno na żywopłot sąsiada, słuchać po nocach stukotu pociągów jeżdżących na linii Bielsko-Biała – Wadowice… W nocy swoje zawadiackie wypady w pobliże ludzkich siedzib miewają tutaj kuny. Często widzę jedną, która rytualnie już wskakuje na maskę naszego starego golfa, przebiega przez dach i znika pod samochodem.
Już przed czwartą rano swój koncert zaczynają szpaki, które gdzieś niedaleko mają swoje gniazdo. Potem ptasi koncert tylko przybiera na sile. Palę, piję świeżo zaparzoną kawę, albo yerbę i jest mi najzwyczajniej w świecie dobrze. To chyba dobrze, co?
Postrzępiony ten wpis okrutnie, ale nic to – cud, że w ogóle go popełniłem; mówiąc poważniej, czas chyba dać sobie spokój z marnotrawieniem kasy za serwer i zacząć realnie wykorzystywać fakt, że jestem z discrustem „na swoim”. Ten domowy tekst jest, mam nadzieję, dobrym początkiem…