Patrycja Bukalska – Krwawa Luna

Krwawa Luna, Patrycji Bukalskiej, to książka-ściema. Przykro to pisać, ale tak niestety jest. To zresztą jakaś obłędna tendencja w ostatnich czasach; ja wiem, że czytelnictwo w tej wielkiej wsi nad Wisłą piszczy i kwiczy, ale to z lekka nie fair ze strony wydawnictw, że puszczają na rynek z wielką pompą książki, które okazują się wydmuszkami.

Biografia Julii Brystygierowej na 226 stronach grubego papieru i dużą czcionką? Chciałoby się zapytać Autorki i wydawnictwa: to jakiś żart, prawda?
Na szczęście zacząłem już czytać książkę, gdy w radio natknąłem się na dwie, trzy rozmowy z Bukalską, a w necie obejrzałem jedno z pierwszych publicznych spotkań Autorki, świeżo po wydaniu owej książki.
Nikt z prowadzących wywiady / spotkania z Bukalską nie zająknął się o tym „drobnym” mankamencie. Nikt! Dodatkowym kwasem w przypadku tej książki jest inny symptomatyczny fakt, na którym – moim zdaniem – Autorka kompletnie się wyłożyła. Na początku książki zaznacza ona, że udało jej się dotrzeć do materiałów nt Luny, gromadzonych przed śmiercią przez Teresę Torańską. O co więc chodzi? Czy Torańska (znająca warsztat dziennikarski jak mało kto) dotarła do żenująco małej ilości źródeł, czy może te 200 stron, to w większości materiały właśnie Torańskiej? Głośno myślę… Nie mam zamiaru doszukiwać się tutaj wielkiej afery; dla mnie po prostu promowanie tej książki jako poważnej biografii postaci takiego kalibru jak Brystygierowa, to delikatnie rzecz ujmując, przegięcie.

 Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i cały bezpieczniacki gang komunistycznego reżimu, zwłaszcza bezpośrednio po wojnie, w okresie „umacniania się władzy ludowej”, to mocno skrzywiona, sadystyczna machina, o której z natury rzeczy niewiele wiadomo. Do dziś historycy i badacze historii najnowszej mają kłopoty z dotarciem nie tylko do dokumentów tamtego okresu, ale i do relacji świadków i sprawców okrutnych mordów i tortur MBP na członkach podziemia niepodległościowego i na wszelkich grupach uznawanych za opozycyjne wobec PPR/PZPR. Inny oczywisty wróg każdego, kto chciałby zgłębić temat obecny w książce Bukalskiej, to… czas. Ogromna większość katów stalinizmu polskiego po prostu już nie żyje. Mam zatem świadomość, że Autorka nie miała prostego zadania, podejmując się pisania o Lunie.
Pomimo tego nie mogę oprzeć się myśli, że to co stworzyła Patrycja Bukalska jest zaledwie cieniem biografii, że każdy rozdział (ba! w niektórych miejscach i akapit!) jest zaledwie muśnięciem tematu, wstępem do kolejnych historii z życia kobiety, która jednym podpisem zmiatała ludzi w czeluść kazamatów UB, w łapska tych, którzy nie tylko nie brzydzili się torturować i mordować w imię komunizmu, ale często traktowali swoją robotę jako zaszczytny obowiązek.

Nie uwierzę za cholerę, że Brystygierowa nie wiedziała, co wyczyniają z uwięzionymi podlegli jej ludzie, nie uwierzę że nie była w tych katowniach, kilka pięter poniżej jej gabinetu, w ogóle nie uwierzę, że nie miała pojęcia o „technicznych aspektach” pracy śledczych w MBP, czy UB. (Nie sugeruję jednocześnie, że Bukalska przedstawia nam wyłącznie obraz Julii Brystygierowej, jako nieświadomej okrucieństw „funkcjnariuszki”). Ponadto przytaczane przez Bukalską przypadki ratowania ludzi z opresji w oparciu o protekcję Luny dźwięczą w tej „biografii” nieco usprawiedliwiająco. Książka zaczyna się od tego, że Julia była piękną dziewczyną i pisała liryczne kawałki poezji i prozy, a kończy tym, że dobrotliwa starsza pani, po zakończeniu swojej ubeckiej kariery odwiedzała często ośrodek w Laskach i tamtejszą parafię, ocierając się niejako refleksyjnie o Absolut.
Michnikowszczyzna czystej wody; konstrukcja narracyjna i wątki etyczne (czy te odnoszące się do życia osobistego) jako puchowa kołderka, którą przykrywa się dosyć słabo zarysowany w książce wątek główny – zbrodniczą działalność Brystygierowej. Takie właśnie jest moje wrażenie.

Męczę tą quasi-recenzję już kilka miesięcy; zacząłem ją pisać jeszcze przed reanimacją bloga i przed przenosinami na nowy serwer. Tak mam z książkami, które wybitnie mnie wkurwiają, albo są po prostu mega-słabe, żeby nie powiedzieć beznadziejne. W moim mniemaniu „biografia”, którą popełniła Ptrycja Bukalska jest mega-słaba, z tendencją ku beznadziejnej. Niestety. Nie chcę się pastwić nad Autorką, ale w czasie lektury miałem wrażenie, że obcuję z tworem typu: to-co-w-Wikipedii + kilka ciekawych faktów….
Ocenę pozostawiam potencjalnym czytelnikom, książki oczywiście nie polecając.