Do not stare into beam or view directly with optical instruments!

Śnieżyca za oknem i zimna kawa na stole. Z radia sączy się industrial, a ja udaję że mam siły na to by ogarnąć co nieco burdel wokół mnie. Tzw. wolny czas kroję na baaaardzo cienkie plasterki; niskokaloryczne godziny wyrwane z objęć roboty i snu. Na języku wieczny słodkawy posmak – laserowy „bonus”, pozostałość mikroskopijnego pyłu i syfiastych związków chemicznych uwalniających się, gdy laser tnie grubą stal jak plastelinę. Wprost wymarzona sceneria dla onanistów working class.
Laser Radiation! – Do not stare into beam or view directly with optical instruments!
Każdego dnia 666 nalepek tego rodzaju straszy i przypomina. Czasem zmęczone oczy pieką kurewsko od gapienia się na mega-jasne rozbłyski, gdy mieszanina tlenu, azotu i helu wyrzyguje snopy iskier przez soczewkę lasera. Syk, smród i promieniowanie.
Przez wszystkie te miesiące w pracy nabawiłem się czegoś w rodzaju pancerza, warstwy zobojętnienia i ślepoty na wszystko co wokół mnie. Od czasu do czasu dopada mnie panika i wkurw: dlaczego, do cholery, funkcjonuję w tej szklanej apatycznej kuli?! Praca zabija w większości przypadków, czyni z nas świnie nakręcane przyzwyczajeniami i rutyną; sama świadomość tegoż nie pomaga w wyrwaniu się z letargu.
Wieczorami czytam w kiblu Ciorana, by utwierdzić się w przekonaniu, że te nędzne, małe procesy wydalnicze przekładają się bezpośrednio na szerszy kontekst potocznie nazywany życiem.